"Czas wyruszyć w nieznane!"

Nasza Koh Lanta – totalny chillout, kokos i słonie

Koh Lanta Yai to dosyć duża wyspa znajdująca się na południowo-zachodnim wybrzeżu Tajlandii. Od północy Lanta Yai sąsiaduje z oddzieloną wąskim kanałem wyspą Lanta Noi. Wyspę zamieszkuje około 20 tys. mieszkańców z czego większość to Muzułmanie. Na Koh Lantę dopłynęliśmy z Koh Lipe szybką łodzią, tzw speed boat. Niestety nie pamiętam jaki był koszt tego środka transportu, pamiętam za to niesamowitą prędkość i cudowne widoki po drodze (np latające ryby:))

Nocowaliśmy w hotelu Soontreeya Lanta składającego się z bungalowów   umiejscowionych w ogrodzie i odkrytego basenu, w którym spędzaliśmy sporo czasu. W czasie naszego pobytu w 2013 roku hotel prowadziła przemiła rodzina. Babcia gotowała przepyszne tajskie potrawy, mama dawała nam przydatne rady co zobaczyć, gdzie zjeść, jak nie przepłacić za tuk tuka itp, ojciec często podwoził nas do „miasta”, a ich córeczka była super towarzyszką zabaw dla Blanki.

Na Koh Lancie jest 9 plaż, my mieszkaliśmy przy Long Beach. Nie była to taka rajska plaża jak na Koh Lipe, ale za to było na niej zdecydowanie mniej turystów. Najczęściej sami spędzaliśmy na niej czas bawiąc się z Blanką, popijając drinki lub napoje bezalkoholowe i spacerując. Czas mijał nam spokojnie, leniwie i bezstresowo. Jadaliśmy pyszne owoce morza i świeże ryby złowione bezpośrednio przed podaniem. Ja delektowałam się kokosem, Blanka sokami, a Kamil changiem 😉 Przemieszczaliśmy się najczęściej tuk tukami, chociaż najlepiej byłoby wypożyczyć skuter. Niestety z małym dzieckiem nie czuliśmy się zbyt pewnie, żeby zdecydować się na ten środek transportu, a patrząc na jazdę miejscowych wolałam nie ryzykować. Odwiedziliśmy też Sumate Ko Lanta Yai Safarii i zrobiliśmy sobie krótki spacer na słoniu.

Koh Lanta nie należy do najurodziwszych tajskich wysp, co widać na zdjęciach, ale mnie urzekła właśnie chyba tą swoją… naturalnością. Nie stara się ani upiększyć, ani przypodobać przyjezdnym. Nie ma tu imprezowej atmosfery jak, np na wyspie Koh Phi Phi, są za to urocze hoteliki, małe sklepiki, 7-eleven i wiele restauracji na palach. Tutaj pierwszy raz poczułam, że jestem w Tajlandii. Sympatyczni ludzie, piękne widoki, możliwość podpatrzenia codziennego życia mieszkańców, smaczne jedzenie i ta codzienna nieśpieszność.

Następny przystanek Krabi…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.