"Czas wyruszyć w nieznane!"

Koh Lipe – nie taka rajska wyspa…

Koh Lipe to taka mała rajska wyspa położona na południowo-zachodnim obszarze Tajlandii niedaleko granicy z Malezją . Polecili nam ją znajomi, którzy byli w Tajlandii rok wcześniej. Mieli spędzić na Koh Lipe kilka dni, a zostali dłużej. Przekonał ich biały, gładki piasek, lazurowa woda i słońce, a do tego brak natłoku turystów. Dali nam też namiary na właściciela hotelu Blue Tribes, ponieważ przez ten czas jaki tam byli zdążyli się z nim zaprzyjaźnić.  Ponad to hotel był uroczy, składał się z kilku drewnianych bungalow rozmieszczonych jakby w ogrodzie i znajdujących się blisko plaży. Zarezerwowaliśmy więc jeden z tych domków, nie przez booking.com jak to czynimy zazwyczaj, ale poprzez wiadomość mailową. Co, jak się później okazało, nie było najlepszym posunięciem.

Z Bangkoku dolecieliśmy liniami Air Azia do miasta Hat Yai, spędziliśmy tu jedną noc w hotelu Tune i z samego rana podjechaliśmy busem (około 3h) do przystani Pak Barra skąd mieliśmy prom na Koh Lipe. Wszystkie formalności związane z transportem, czyli bilety na bus i prom załatwiliśmy w hotelu Tune. Małe stoisko – takie mini biuro podróży znajdowało się przy recepcji.

Prom podpłwał do wysokiej platformy, za pomocą  której przesiadaliśmy się do tych charakterystycznych, drewnianych tajskich łódek. „Rozwoziły” one turystów pod wskazane hotele. Jak do tej pory wszystko układało się wspaniale. Rzeczywiście wyspa wyglądała przepięknie, malowniczo i rajsko i jak tylko wysiedliśmy z łodzi Blanka zaczęła bawić się w piasku, zbierać muszelki i łapać mini kraby. No ale trzeba było przynajmniej zostawić bagaże w pokoju i coś zjeść, zanim zacznie się poznawanie nowego miejsca, prawda? No i tutaj klops, okazało się, że nie ma naszej rezerwacji…  Mieliśmy jako potwierdzenie wydrukowaną korespondencję z właścicielem hotelu, ale po pierwsze go nie było, a po drugie wszystkie bungalow były zajęte no i zaczęła się nerwówka… W końcu zaproponowano nam tymczasowy pokój, na jedną noc  w domku pracowniczym, który wyglądał tak:

Byłam załamana, wkurzona, zrozpaczona i bezradna… Prawie na granicy histerii… kiedy to otrzeźwiły mnie słowa Kamila, że skoro załamuję się w takiej sytuacji, to może nie nadajemy się na podróżników, bo co jak będą inne – o wiele gorsze momenty … i to postawiło mnie na nogi. Co!? Ja się nie nadaję!? Pewnie, że się nadaję i z marszu zaczęłam działać 😉 szukaliśmy noclegu po innych hotelach, ale pech chciał, że to był weekend, więc większość hoteli dostępnych dla nas cenowo nie miała miejsc, a że nie chcieliśmy przepłacać, więc nie pozostało nam nic innego jak zagryźć zęby i spędzić naszą pierwszą noc w … pokoju zastępczym 😉

Oczywiście jak to bywa z takimi historiami, ta też zakończyła się bardzo dobrze. Pojawił się Pan właściciel, przeprosił za to całe zamieszanie, nie płaciliśmy za tą pierwszą noc i otrzymaliśmy jeszcze drobną rekompensatę. Niestety albo stety zaczęliśmy patrzeć na Ko Lipe poprzez pryzmat całej tej sytuacji i przestała być dla nas taka rajska, taka magiczna, taka urocza. Poza tym, potwierdziło się po raz kolejny, nie jesteśmy typem plażowiczów, więc skróciliśmy nasz pobyt i ruszyliśmy dalej.

Sama Koh Lipe jest naprawdę bardzo małą i kameralną wysepką o około 3 km długości, na której panuje raczej leniwa i spokojna atmosfera. Leży w  Morskim Parku Narodowym Tarutao. Wybraliśmy się raz na wycieczkę po okolicznych, mniejszych wysepkach, podczas której Kamil wypłynął na snorkeling. Rafy koralowe są tu przepiękne, niesamowite i niezwykłe i tak naprawdę już przy plaży można obserwować życie podwodne.

Jedzenie jest smaczne i świeże, zwłaszcza ryby, które trafiają na stół prosto z połowu.  Jest raczej drogawo. W porównaniu z innymi miejscami, w których byliśmy to najdrożej, no ale jest to mała wyspa, na którą dużo rzeczy trzeba dowieść.

Jak ktoś lubi wakacje spędzać w hamaku z książką lub na plaży opalając się, a wokół mieć ciszę i spokój to Koh Lipe jest idealna, a przynajmniej była w 2013 kiedy my tam byliśmy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.