"Czas wyruszyć w nieznane!"

Bangkok cz.1

Lotnisko w Bangkoku zapisało się w mojej pamięci jako bardzo duże. Po wylądowaniu i odebraniu bagaży jakoś tak bardzo długo szliśmy do wyjścia. Jako transport do hotelu wybraliśmy taksówkę, więc ustawiliśmy się w kolejce i Pani ogarniająca cały ten (wydawałoby się) chaos  zapytała dokładnie dokąd chcemy jechać, zapisała to i jak przyszła nasza kolej i podjechał samochód przekazała karteczkę z nazwą hotelu(tak mi się wydaje) kierowcy, zapakowaliśmy nasze walizki i ruszyliśmy. Muszę tutaj wspomnieć, że naczytaliśmy się i nasłuchaliśmy, że zawsze należy żądać aby taksówkarze włączali taksometr, bo oszukują i możemy nieźle przepłacić. Tak to sobie zakodowaliśmy, że po trzaśnięciu drzwiami samochodu, gdy kierowca powiedział, że kurs kosztować będzie –powiedzmy- 550Bth my kategorycznie zażądaliśmy włączenia taksometru, co też taksówkarz, bez szemrania, uczynił. Jak już dojechaliśmy na miejsce (około 40 km) na wyświetlaczu pojawiła się kwota do zapłaty 500Bth. Stwierdziliśmy, że nie ma co się wygłupiać i olaliśmy te taksometry na resztę wyjazdu. Mieliśmy jeszcze jedną podobna sytuację z taksówkami, w jedna stronę kierowca podał nam kwotę a w druga stronę inny kierowca włączył (sam z siebie) taksometr i różnica wyniosła około 5 zł. No dobrze z jednej strony naciągają, ale dla nas to tylko 5 zł a dla nich dodatkowy posiłek. Staraliśmy się uzgadniać koszt przejazdu przed ruszeniem, ale nie upieraliśmy się na włączanie taksometru.

W Bangkoku spędziliśmy 3 pierwsze i trzy ostanie dni naszego  pobytu. W obu przypadkach nocowaliśmy w hotelu Rambuttri Villige. Niedaleko biegła popularna wśród backpackerów ulica Khao San Road. Ta krótka, zatłoczona, głośna, kolorowa i z mieszaniną najróżniejszych zapachów ulica przyciągała turystów jak magnes. Można tu było zjeść zarówno klasycznego Pad thaia jak i chrupiącego pasikonika czy skorpiona na patyku, a świeżo wyciśnięty sok z mandarynek to niebo w gębie i Blanka piła go litrami. Można było zabawić się w licznych klubach, zrobić masaż stóp, uszyć sobie garnitur, zaopatrzyć się w „ręcznie robione” souveniry i usłyszeć różne języki świataJ Było to ciekawe przeżycie i chętnie przechadzaliśmy się wśród tłumów głodnych wrażeń i głodnych dosłownie, ale Pad thai i chang najlepiej smakowały na naszej, o wiele spokojniejszej ulicy Rambutrri. Jeśli chodzi o nocleg to hotel jest jak najbardziej godny polecenia. Czysto, miła obsługa i międzynarodowa klientela. Na górze basen dla gości, z którego rozciąga się widok na Bangkok. Obok postój taxi i tuk tuków, mnóstwo knajpek, straganów, sklepików, itp.

Pierwszy posiłek na mieście składający się z trzech dań, świeżego soku i dwóch piw kosztował nas 10 zł. Przez przypadek znaleźliśmy małą knajpkę, ukrytą w zaułku i obsługiwaną przez jednoosobową załogę, w której zjedliśmy tak pyszne zupy, dania z ryżu i owoców morza, że wracaliśmy do niej kilkakrotnie. Chociaż szczerze mówiąc, gdziekolwiek nie zamówiliśmy to było smacznie. Nie jestem wielkim miłośnikiem jedzenia na słodko, ale naleśniki z owocami i czekoladą były przepyszne, a ich przygotowanie wymagało wprawy i doświadczenia i trzeba to po prostu zobaczyć. Blanka zajadała się na przykład kurczakiem na patyku, ale próbowała wszystkiego. Przy każdym śniadaniu, obiedzie czy kolacji słyszeliśmy od niej „Blanka też spróbuje’;))) Najlepszą przekąską w te upały były świeże owoce nadziewane na patyk no i soki, soki, soki… zwłaszcza z granatu – niesamowity smak, wręcz uzależniający… Kiedyś kupiliśmy w Polsce butelkę świeżo wyciśniętego soku z granatu, ale zupełnie nie przypominał tego z Tajlandii. Jakoś nie złożyło się i nie spróbowaliśmy Duriana – najbardziej śmierdzącego owocu świata, ale za to ostatnia nasza kolacja w Tajlandii składała się z pasikoników, larw i innych robaczanych „chipsów”;) I tu też Blanka stwierdziła, że chce zjeść pająka, no i spróbowała;) Ostatnio zrobiła się bardziej wybredna z jedzeniem i życzy sobie tylko rosołku i schabowego 😉 Ogólnie problemu z jedzeniem nie mieliśmy, ale my lubimy azjatycką kuchnię, no i mieliśmy komfort z córką, która do niejadków nie należała:) Uważam jednak, że nawet jeśli nie jesteście entuzjastami tajskich potraw to każdy znajdzie coś dla siebie, nawet np w McDonald’s 😉

Zapraszamy do Bangkok cz. 2

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.